Wopa rachabs urdu...

Kategorie: Wszystkie | Dzien | Nie-dzien | Nie-noc | Noc
RSS
czwartek, 24 marca 2011
Szrap pan bas.

Bas szarpie i znów rytm i wiosna podobno przyszła i siedzę na wprost głośników i tę wiosnę basowo w siebie wkodowuję.

 

16:51, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 listopada 2009
Nic.

Jadę tramwajem. Patrzę przez szybę lecz nic nie widzę. To znaczy widzę, ale nie rejestruję tego widoku. Może zauważyłbym siebie, przechodzącego akurat ulicą. Może spojrzałbym sobie w oczy. A może odwróciłbym głowę, patrząc na wnętrze tramwaju i jednocześnie nie widząc go i zadałbym sobie pytanie skąd wziął się natrętny pomysł o określeniu klamek w mieszkaniu o wielu drzwiach jako ułomnych krzyży.

17:53, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 października 2009
Złota polska.... jesień... uno.

Domofon. Wchodzę. Wjeżdżam windą. Drzwi uchylone. Wchodzę. Stoi przy sofie. Witamy się. 'chcesz?' pytam. Kiwa głową, oddycha szybko. Sadzam ją na krześle. 'daj ręce' mówię. Daje. Skuwam nadgarstki kajdankami za jej plecami, przeplatając przez oparcie krzesła. Na sofie leży czarna chusta. Zawiązuję nią jej oczy. Cicho brzmi Thievery Corporation. Biorę drugie krzesło, siadam naprzeciwko. Patrzę na nią. Drży. Rozchyla usta. Ma na sobie szlafrok, zawiązany, gruby. 'patrzę na ciebie' mówię. 'patrz..' szepcze. 'boisz się?' pytam. 'tak... ale chcę się bać' odpowiada. Wstaję i przysuwam usta do jej ucha. 'co masz pod szlafrokiem?' pytam chrapliwym szeptem. 'nic...' odpowiada. Dotykam palcem jej ust. Rozchyla je i podąża głową za dotykiem. Zabieram dłoń. 'spokojnie...' mówię jej wprost do ucha. Rozpinam pasek spodni. Widzę jak drży co raz bardziej. Dotykam jej warg paskiem. Szarpie głową i łapie za koniec paska zębami. Językiem dotyka delikatnie faktury skóry. Zabieram pasek i całuję ją. Mocno.

16:48, gregovski1
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 września 2009
Próby.

Pływanie pociąga mnie - szczególne, nieprzypadkowe. Mimo różnicy wieku. Nie będące 'czymkolwiek'. Nieobojętny fakt różnicy wieku nadaje nauce pływania głębi - tej głębi wypatruję. Tak to czuję. Dalszy ciąg, życie, przeżycie, wypalenie - wheel of life, jak powiedziałby zanglicyzowany Afrykanin, obserwujący cykle natury, pamiętający pamięć o odwiecznych cyklach zaklętą w pieśniach, w muzyce bębnów. Takie to proste, mógłby rzec - nic nie trwa wiecznie, i dlatego rzeczy mają swą wartość. Bezchmurne niebo nie cieszyłoby, gdybyśmy nie wiedzieli, że może zasnuć się ołowianymi chmurami. Ale bez nauki, bez nauczycielki w niczym się nie zanurzę. Nie chcę, nie bez przewodniczki, choćby uczyła mnie pod swoją wizję, najzupełniej niesubiektywną. I tak bardzo chciałbym wiedzieć, usłyszeć, że taką wizję ma, że chce mieć. Mimo tej bramy, granicy, mimo różnic, niezależnie od ich rodzaju. Mimo różnic, albo i na przekór im.

20:54, gregovski1
Link Komentarze (4) »
czwartek, 27 sierpnia 2009
Jeden, acz skuteczny, preparat odstręczający nC*.

Mój blog.

 

 

 

 

*)nieprzypadkowe Czytelniczki.

20:17, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
By się -

- zastanowiło, nad tym, co się wiąże z różnicą wieku, otworzyło obustronnie mimo tej różnicy, albo właśnie dzięki niej, usłyszało więcej, zostało obdarzonym zaufaniem i rzeczami sekretniejszymi. Się odłożyłoby się ograniczenia własne. Się usłyszałoby więcej o jaźni Kobiety, chowającej się za niewidocznym żywopłotem zbudowanym z cierni tygodni i miesięcy. Się być może spotkałoby się, zobaczyło i dotknęło.

By się życzyło tego wszystkiego sobie, się będącemu wciąganym przez się w głębsze zastanowienia nad sobą i nią.

Się by dało się, by spojrzenie Kobiety zrobiło ze mną to, co zrobić by chciało. Się oddałoby się, by Kobieta popływać we mnie zechciała. Się poddałoby się wszystkiemu, na co Kobieta, może i po treciej lampce wina, miałaby chęć, choć przed tę chęć zakrywałaby przed samą sobą, bo różnica wieku, bo tak, bo nie.

Się jest gotowym, by pływać nauczyć się.

11:32, gregovski1
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 sierpnia 2009
Faktura 3

Bazując na stereotypowym pojęciu, iż kobiety pociąga tajemnica, brak dosłowności, coś niezwykłego - wszystko co czynię w tym miejscu sprawia, iż kobieta nie znajdzie we mnie nic pociągającego. Czy stereotyp (plus planetarne ujęcie kobiet z Wenus, mężczyzn z Marsa) jest prawidłowością bez odstępstw? Czy nawet użycie pejoratywów 'stereotyp', 'odstępstwo' nie jest nadużyciem właśnie taki stereotyp karmiącym?

Znaki zapytania pozostaną jak myślę bez odpowiedzi.

Kobieta. Mężczyzna. Różnica wieku między nimi jest taka, jak różnica wieku pomiędzy mężczyzną a jego drugą kobietą. Kiedy różnica staje się granicą nie do przekroczenia - czy gasną myśli, wyobrażenia, czy nie ma, bądź są z głowy skutecznie wyrzucane wyobrażenia o potencjalnych możliwościach? Czy zupełny brak tajemnicy nie pociągnie kobiety w żaden sposób, w żaden sposób nie wzbudzi w niej zastanowienia nad ewentualną chęcią?

Mężczyzna. Skacze na główkę w basen ekshibizjonizmu bez żadnego zabezpieczenia. A jego otwartość jest do wzięcia...

Faktura narzuty na sofę. Bardzo wyczuwalna najdelikatniejszymi fałdkami skóry.

11:38, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Faktura 2.

Wilgotny chłód. Potem orgazm, po długotrwałej pieszczocie. I wstrząśnięte mym orgazmem łodyżki kwiatów.

21:30, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
Faktura.

Faktura tej rzeczywistości weszła w moje myśli mocno. Tak, położyłem się na tej ścieżce nagi. Tak, czułem ciepło, czułem każdą doskonałość igieł. Cieszę się, że mogłem, cieszę się, że mogłem czuć się bezpiecznie w swym osamotnieniu.

21:26, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 sierpnia 2009
Tak, naprawdę chcę pisać...

Ludzie strasznie się wkurwiają przez krakowskie korki.

To pierwsza rzecz jaką słyszę gdy wracam do miasta. Kaśka odbiera mnie z lotniska Balice i mamrocze to zdanie dojeżdżając do krzyżówki przed Księcia Józefa. Mówi „Ludzie strasznie się wkurwiają przez krakowskie korki”. Jakkolwiek nie powinno mnie to w ogóle obchodzić, to pozostaje w mojej głowie przez nieprzyjemnie długi czas. Tak jakby nic innego nie było ważne. Nie, że mam trzydzieści siedem lat i jest grudzień a lot samolotem dłużył się niemiłosiernie przez sąsiedztwo nawalonych Ormianek. Nie śnieżne błoto, które chlapnęło na nogawkę moich jeansów tuż po zejściu ze schodów lotniska i czuję jak przemięka przez materiał, zimne i brudne. Nie zabrudzenie na rękawie mojej koszulki Abercrombie&Finch, która wyglądała czysto i świeżo o poranku. Nie naderwanie na kołnierzyku indygo bluzy Ruehl, którą nałożyłem by stawić czoła polskiej pogodzie, a która wygląda jak z darów dla powodzian w porównaniu z jasnoniebieskimi, ciasnymi jeansami Kaśki i jej bladoniebieskiej bluzki. Wszystko to wydaje się beznadziejnie nieistotne w porównaniu do tego zdania. Tej namolnej sentencji. Wydaje się, że prościej jest mi słuchać o wkurwionych ludziach w krakowskich korkach, niż na przykład „Jestem pewna że Agnieszka ma anoreksję” czy piosenki w radiu w której solista zawodzi coś o falach magnetycznych. Nic nie liczy się innego dla mnie poza tymi siedmioma słowami. Nie wilgotny wiatr, który niemal wpycha samochód w objęcia miasta ani też delikatny aromat marihuany, delikatnie przebijający z zakątków auta Kaśki. Wszystko jednak i tak sprowadza się do tego, że jestem powracającym na miesiąc do domu chłopcem, że spotykam kogoś, kogo nie widziałem od miesięcy i że ludzie się wkurwiają.

Kaśka zjeżdża w jednokierunkową uliczkę i staje na czerwonym świetle. Silny podmuch wiatru kołysze samochodem przez chwilę a ona uśmiecha się i mówi coś o kabriolecie w zimie a potem zmienia stację radiową. Dojeżdżając pod moją kamienicę musimy się zatrzymać i poczekać aż trzech strażaków machnie nam że droga wolna. Stoją, z głowami zadartymi do góry, a ja nie chcę sprawdzać, czy ich koledzy siedzą właśnie na dachu i strącają sople na chodnik. W końcu jeden z nich opieszale daje nam znak i Kaśka rusza, wciąż mając na twarzy uśmiech. Staje przed budynkiem, widzę, że brama jest otwarta i wysiadam z samochodu, zaskoczony jak sucho i wprost ciepło jest na zewnątrz. Stoję tak przez długą chwilę, przy walizkach, które wyjęliśmy z Kaśką z bagażnika a ona wykrzywia twarz w grymasie i pyta, „Co Jest?” a ja odpowiadam, „Nic” na co ona mówi, „Bardzo blado wyglądasz” i wzrusza ramionami, żegnamy się i ona wsiada do swojego auta i odjeżdża.

Mieszkanie jest puste. Jest ciepło i unosi się zapach drzewa sandałowego. Na stole w kuchni leży kartka, na której Agnieszka informuje mnie, że musiała pojechać z Moniką do centrum, zakupy świąteczne. Z miejsca w którym stoję widzę różne przystrojenia, jakimi Agnieszka ubrała mieszkanie na święta, zasuszone owoce, małe złote i srebrne bombki, wstążki, które kołyszą się od ruchu powietrza nad kaloryferami. Przechodzę przez przedpokój, mijając tabliczkę korkową z mnóstwem przypiętych informacji, w większości dla sprzątaczki. W moim pokoju wszystko wygląda tak jak pamiętałem, tylko na biurku leży kilka nowszych numerów MaleMen i GQ. Ściany wciąż są koloru jasnego indygo, płyty z muzyką i filmami stoją poukładane równo na półkach, komputer jest na swoim miejscu, ekran TV wisi na ścianie, nawet żaluzje są ściągnięte do połowy, tak jak je zostawiłem. Tylko szafa wygląda tak, jakby Agnieszka i sprzątaczka zajęły się nią gruntownie podczas mojej nieobecności. Na fotelu leży stos albumów Sandmana z przyklejoną Post-Note na której Agnieszka napisała, „Potrzebujesz je jeszcze?”. Biorę do ręki kartkę świąteczną leżącą obok albumów z „Fuck Christmas” na wierzchu. Otwieram ją i czytam, „Let’s Fuck Christmas Together”, kolejne oryginalne zaproszenie na świąteczną imprezę Agnieszki. Odkładam kartkę i czuję, że w moim pokoju jest wyraźnie chłodniej.

Zdejmuję buty, kładę się na łóżku i dotykam czoła, by sprawdzić, czy przypadkiem nie mam gorączki. Wydaje mi się, że mam. Z ręką wciąż na czole patrzę na plakat w antyramie, zawieszony na ścianie. Przedstawia cztery kobiety w wystudiowanej pozie, ujęte na fotografii zrobionej ponad osiemdziesiąt lat temu. W prawym dolnym rogu tkwi tytuł tego zdjęcia, „Movement”, imię i nazwisko autora oraz rok powstania. Patrzę na plakat, zamyślony nad tym jak mogła wyglądać tamta sesja.

Biorę telefon do ręki i wybieram numer do Julii, zaskoczony, że wciąż pamiętam jej numer, ale nie podnosi słuchawki. Podnoszę się i spoglądam przez okno, na tyle na ile pozwalają mi żaluzje, widzę gałęzie drzewa, kołyszące się gwałtownie na wietrze, ponownie wpatruję się w plakat, w łuki wygiętych sylwetek, i wciąż słyszę, że ludzie strasznie wkurwiają się przez krakowskie korki i staram się wyrzucić z głowy to zdanie, wymazać je całkowicie. Włączam TV, wybieram MTVHD i cieszę się widząc teledysk zrobiony przez Chrisa Cunninghama, oglądam go bez dźwięku i myślę, że mógłbym zasnąć, gdybym wziął jakąś tabletkę uspokajającą, potem myślę o Kaśce i przymykam oczy gdy w telewizorze zaczynają szybko migać jakieś kolory.

15:50, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
Tak, jestem zamyślony...

Anty-***-yzm (czyli np. antygrzesizm) tkwi głęboko w świadomości społecznej. Dobrze ilustruje to jedno z opowiadań Mrożka: słychać jakieś strzały, ktoś pyta: „Co się dzieje?” i pada odpowiedź: „A, to nic takiego, tam do jakichś Żydków strzelają”. Anty-***-yzm opiera się na prostym schemacie: są gorsi ode mnie. A tym gorszym może być każdy: komunista, mason, gej, żyd, Grzegorz, który nurza się w nimfomaństwie i bezwstydzie bo go to podnieca i temu podnieceniu daje pola. Polska mentalność pod tym względem pozostaje niewzruszona. Ale nie tylko pod tym. Polak nie chce bić się z myślami, nie interesuje go rozum. Woli pójść w niedzielę do kościółka, a po mszy zapomnieć o wszystkim. Tak jest bezpieczniej. Polskie „my”: „O ojców grób bagnetów naostrz stal...” Teraz niestety wydaje mi się to trochę groteskowe, ale kiedyś bardzo w to wierzyłem i także dziś w moich emocjach ta nuta wyraźnie gra. „Za Polskę przelać krew...” - to się doskonale rozumiało, chociaż II Rzeczpospolita nie miała wiele do zaoferowania, bo była krajem straszliwie biednym. Cała szkoła z wielkim wysiłkiem składała się na jeden rower dla wojskowego zwiadowcy. Teraz ten patriotyczny czar boleśnie prysł, cierpimy na zbiorową historyczną amnezję, ludzie mają poprzewracane w głowach, ciągle tylko krzyczą „daj” i „daj”, chociaż pokupowali już samochody, telewizory, ciepłe mieszkania. Ale liczy się tylko to, co chcą mieć, nie to, co mają. Taka jest prawda o ludzkiej naturze. I nikt o tym wspólnym państwie specjalnie nie myśli. Nikt nie chce dawać, a każdy chce brać. Straciliśmy zbiorowy instynkt samozachowawczy. Zdaje się, że zanadto uwierzyliśmy w ten nasz bezpieczny świat, który trwa dłużej niż nasze życie, ale wcale nie musi trwać wiecznie.

Zmiany..? Chyba najpierw musiałaby się Matka Boska pojawić, żeby odwrócić nasz mętny los. Polacy są, jak to powiedział Norwid, wspaniałym narodem i bezwartościowym społeczeństwem. To się od lat nie zmienia, jeśli spojrzeć na historię. Jak poeci mają się rzucać na bagnety, to proszę bardzo, ale żeby na co dzień być w miarę uczciwym człowiekiem i nie robić niczego specjalnie wzniosłego, to już jest kłopot. W którymś filmie Woody’ego Allena jest taki motyw, gdzie główny bohater robi film telewizyjny o pewnym wybitnym, sędziwym uczonym, który z pasją opowiada o wszystkim, czego za życia doświadczył, ale nagle, już po zakończeniu zdjęć, popełnia samobójstwo, czym wprawia wszystkich w osłupienie. Czyli więc wiedza o tym świecie może zniechęcić do życia? Może... Ale wolę tak: w niezmiernej gwiazdowej pustce nagle zjawia się maleńki, wręcz mikroskopijny przebłysk świadomości – mojej, Waszej, albo mrówki czy jakiegoś ptaszka – a potem, gdy kończy się życie, on gaśnie i dalej trwa ta niezmierzona nicość. Wydaje mi się, że warto, aby ta świadomość zabłysła. Wydaje mi się...

Jeśli chodzi o pamięć dawniejszych czasów (a przecież jestem jeszcze młody...! kurwa mać, jaki młody...), to uważam, że zaczyna się mieć takie wrażenie jak człowiek, który coraz wyżej wznosi się balonem. Trochę to przypomina te historie, które Wokulski opowiadał o swojej podróży balonem na uwięzi. Chodzi o to, że dzięki temu, że się tyle i tak długo przeżyło, ma się coraz większą, dalszą perspektywę - i widzi się, jak okropnie świat uległ zadeptaniu, spłaszczeniu... Przede wszystkim kultura. W takich pismach, jak "Spiegel", "Wprost" albo "Polityka" znajdują się osobne wkładki, z których się dowiadujemy, jakich sto osób jest najbogatszych w Niemczech czy w Polsce... A co mnie to obchodzi? Tyle co zmarłe w zeszłym roku muchy. Czy powinno mnie to obchodzić? Ja bym chciał wiedzieć, jakich jest stu mędrców, stu poetów, jakich stu filozofów, stu wielkich wynalazców...

Mocno kształtowała też nas (nie tylko Polaków:) historia cywilizacji licząca tylko jakieś 10-12 tysięcy lat. Już jako ludzie rozwijaliśmy swoje niezwykłe okrucieństwo, które ma postać bezinteresownego zła szukającego rozmaitych pretekstów pozwalających dręczyć, zabijać i niszczyć inne osobniki. We wszystkich bez wyjątku ludzkich kulturach i cywilizacjach walka człowieka z człowiekiem odgrywała zasadniczą rolę. Jesteśmy jednak dostatecznie rozumni, żeby wiedzieć, że dla naszego okrucieństwa musimy mieć jakieś usprawiedliwienie i zawsze je sobie znajdujemy. Historia ludzkiej myśli aż się roi od takich usprawiedliwiających różne potworności wywodów. Aztekowie okrutnie mordujący swoje ofiary mówili sobie, że muszą to robić, by ugłaskać bogów i uchronić świat przed zawaleniem sklepienia niebieskiego. Z kolei mordujący Azteków Hiszpanie powoływali się na swoją ewangelizacyjną misję. Uprawiali ludobójstwo w imię Chrystusa. Ludobójstwo zawsze towarzyszyło ludzkiej historii. Tylko w podręcznikach szkolnych zostało elegancko wyretuszowane, zamazane albo przemalowane na heroiczne barwy. Właściwie wszystkie wielkie wędrówki ludów, i zwłaszcza wszystkie podboje, były aktami, które dziś uznajemy za zbrodnicze ludobójstwo. Romanizacja Galii to już są czasy najbliższe. 2 tysiące lat wiele w ludzkich głowach nie zmieniło. Okrzyk „Panem et circenses” unieśmiertelnił Sienkiewicz. A igrzyska musiały być krwawe. Ta żądza była wtedy równie silna jak dziś. Cała natura – poza właśnie nami, ludźmi, poza człowiekiem ubranym w swą jednostkowość czy zebranym w grupę, plemię, naród – cała ta natura wszystko co czyni czyni właściwie. Zwierzęta polują, dopóki są głodne. Zebry spokojnie pasą się obok lwów, które już się najadły. Bezinteresowne mordowanie i zadawanie cierpienia, któremu nie towarzyszy pożeranie, jest wyłączną specjalnością człowieka. Bezświadomie zakłamanej. Żeby dokonać swego rodzaju moralnej delegacji zła i ulokować je poza nami, wymyślaliśmy przeróżne nieczyste duchy, diabły, demony, strzygi. To one miały namawiać nas do złego i wziąć na siebie winę za nasze czyny. Ludzie mówią: „To nie ja. Szatan mi kazał! To on jest mieszkaniem zła”. A jednak zło mieszka w nas. Ale przecież człowiek niszczy nie tylko ludzi. Żądza niszczenia przenosi się na całą naturę. Grzeczni chłopcy nagle zaczynają niszczyć co popadnie, demolują szkołę. Ktoś podpala lasy wokół Sydney albo w Kalifornii. To nie jest tylko reakcja na cywilizacyjną frustrację. Człowiek pierwotny wytłukł wszystkie mamuty...

Na ogół w przyrodzie istnieje dynamiczna równowaga między drapieżcą i ofiarą. Kiedy drapieżców jest zbyt wielu, ofiary stają się mniej liczne, to powoduje wyginięcie drapieżców, dzięki czemu przybywa ofiar, co z kolei powoduje mnożenie się drapieżców i tak dalej. A człowiek ze względu na swoją wszystkożerność, uniwersalne kierunkowanie agresji i inteligencję jest drapieżcą wyjątkowo niebezpiecznym, bo stosunkowo łatwo zmienia ofiary i terytoria. Kiedy wymorduje jedne ofiary, zawsze zwraca się ku drugim. Wszystko jedno, czy chodzi o łowną zwierzynę czy o innych ludzi. Nawet wtedy, kiedy absurd zbrodni jest kompletnie oczywisty...

13:38, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 sierpnia 2009
Neurokognitywizm - muszę...

Mamy, dzięki cywilizacji, cyfrowy wytrych do naszych mózgów. Zanika empatia, twórcze myślenie ginie. Czy doszliśmy do percepcji i zdolności obliczeniowych mózgu? Można wierzyć w możliwości adaptacyjne ludzkiego mózgu. Wierzyć w teorie, iż wykorzystujemy potencjał mózgu w jakimś tylko ułamku. Ale już widać, że pod naporem bodźców głowa pracuje inaczej. Nie całkiem tak, jakbyśmy chcieli. Mnogość do pewnego stopnia poprawia kreatywność. Z kolei efekt Flynna, czyli powolny wzrost IQ w kolejnych pokoleniach, pozwala oczekiwać, że następne pokolenia będą bardziej inteligentne od nas. Będą też miały lepszą pamięć wzrokową oraz multitasking. Być może...

Problem leży w cenie. Okazuje się, że za te korzyści płacimy długą listą negatywnych zmian, widocznych choćby u obecnych nastolatków. I jeśli nic z tym nie zrobimy, doczekamy się pokolenia funkcjonalnych autystyków, ludzi niepotrafiących nawiązywać prawidłowych relacji społecznych.

Stanisław Lem już dawno przewidywał, że utoniemy w informacyjnej powodzi. Wtedy wydawało się, że po prostu wystarczy informacje ignorować. A tego się nie da - Nie da się, bo nasz mózg jest zaprogramowany na ich gromadzenie. I dotychczas to działało. Jednak ewolucja nie przewidziała tak szybkiego obiegu masy informacji, w dodatku tak sprawnie wtłaczanych nam do głowy przez media, internet i rozmaite gadżety. Gdy bombardują nas informacje to spłycamy myślenie i obojętniejemy. Padamy ofiarą własnej doskonałości. Przyswajanie prostych informacji nie jest problemem. Problemem jest ich selekcja i przetwarzanie. Oraz - co może dziwić - zapominanie. Kiedyś wystarczyło znać swoje podstawowe dane. Z czasem doszły różne PIN-y, loginy, hasła, REGON-y i NIP-y. Wydłużyły się numery telefonów, lista spraw, które załatwiamy, lista osób, z którymi wchodzimy w relacje, et cetera. Jeśli nawet część tych danych tracimy, to wciąż mamy w głowie mnóstwo faktów i obrazów. Mózg gromadzi je, bo a nuż się przydadzą. Musi jednak sukcesywnie usuwać część informacji, by sprawnie posługiwać się innymi. I tego nie potrafi. Mamy więc naturalną łatwość zaśmiecania sobie pamięci. Rzucam okiem na popularny portal: "Wzrost na giełdzie", "Krew w Teheranie", "Doda w Ciechanowie"... Obok siebie newsy ważne, śmieszne i straszne. Co chwilę inne. Dlaczego nam obojętnieją? Bo mózg stara się zneutralizować stres wywołany przebodźcowaniem. Co więc robi? Przechodzi w tryb awaryjny i skraca obieg informacji. Odłącza młodszy ewolucyjnie płat przedczołowy, który odpowiada za empatię, altruizm i tolerancję, a dopuszcza do głosu starsze struktury odpowiedzialne za pierwotne reakcje. W efekcie obojętniejmy na wszystko, co nie dotyczy nas osobiście. Można więc powiedzieć, że nadmiar informacji uwstecznia nas jako ludzi. Nigdy nie byliśmy bodźcowani tak wcześnie i silnie jak obecnie. Co na to mózg? Zdaje się, że inaczej przetwarza informacje. Że u osób dorastających pod wpływem kultury obrazkowej mózg idzie odmienną ścieżką rozwojową. Najpewniej też inaczej będzie się starzał. Jak? Nie wiemy. Problem jest świeży, więc i badających go zespołów wciąż niewiele. Co w takim razie dzieje się w mózgach dzieci? Żadne pokolenie nie było dotąd atakowane taką ilością bodźców, zwłaszcza wizualnych. A dzieci nie mają filtrów, które pozwalają nabrać dystansu do otoczenia. Mówi się, że są zewnątrzsterowalne, bo nawet drobny bodziec może wywołać u nich reakcję. Kres temu po części kładzie rozwój kory przedczołowej, która ocenia bodźce, kwestionuje rzeczywistość i sprawia, że mózg zaczyna działać w trybie hipotezy: stawia je i bada, czy się sprawdzają. Między bodziec i reakcję wkracza więc kalkulacja. Im lepiej to działa, tym bardziej kontrolujemy swoje zachowanie, tym rzadziej "tańczymy, jak nam zagrają". Przejście z jednego trybu pracy w drugi jest dla mózgu momentem krytycznym. Dlatego tyle chorób psychicznych ujawnia się około 18. roku życia. Pokolenie płytkoprzetwarzające. Sprawne przyswajanie, słabe przetwarzanie. Dzieci szybko zdobywają wiedzę, ale nie umieją czynić z niej użytku. Ponieważ zapamiętują fakty bezrefleksyjnie, mają problem, gdy trzeba ocenić ich wagę, znaleźć wspólny mianownik czy wskazać związki przyczynowo-skutkowe. Widać to na egzaminach. Kiedy jest test wyboru - nie ma problemu. Ale gdy są pytania otwarte - noty pikują. Widać brak zdolności samodzielnego myślenia, zastosowania teorii w praktyce i wtórny analfabetyzm.  Testy IQ mierzą raczej inteligencję wizualną niż zdolność do symbolicznego myślenia czy sprawność językową. Nie oceniają wytrwałości i zdolności do koncentracji. A właśnie z tym uczniowie mają dziś problemy. Są coraz gorzej przygotowani i mniej skorzy do wysiłku - każdy pedagog to potwierdzi. Przykład? Jeśli zadając studentom 30 stron książki, można być pewnym, że żaden nie przeczyta. Wolą więcej tekstów, ale krótszych. Tak silna potrzeba odmiany wyjaśnia, skąd u nastolatków wziął się ów multitasking, dzięki któremu potrafią oglądać film, a zarazem zerkać na koleżankę w mini, rozmawiać z kumplem siedzącym obok, jeść chipsy, pić piwo i odbierać SMS-y. Słowem, robić kilka rzeczy naraz. Coś niewyobrażalnego dla pokolenia naszych rodziców. A jednak wolą to niż skoncentrować się na jednym, bo wtedy nie byliby w stanie dokończyć żadnej bardziej złożonej czynności. Jest coś, z czym nie mają problemu - siedzenie przed monitorem. Kiedyś wydawało się, że jak damy dziecku komputer - wychowamy geniusza. Nic z tego. Poza inteligencją wzrokową nie notujemy żadnych korzyści, a niektórzy mówią wręcz o 10-punktowym spadku IQ u tzw. heavy userów, którzy najchętniej tkwiliby przed ekranem bez przerwy. Dzieje się tak, bo bodźce oferowane przez komputer wciąż są dość monotonne. Dlatego stymulują tylko na początku, a po dłuższym czasie mogą wprowadzić w otępienie i stupor. Zbyt wcześnie kupując dziecku komputer, ryzykujemy, że może przywyknąć do nauki niewymagającej wysiłku i zaangażowania. Potem trudno będzie namówić je do czytania książek. A warto, bo kontakt z książką, która pachnie i szeleści, jest dużo bardziej stymulujący. Czytanie to poniekąd poznanie ucieleśnione - embody cognition - najbardziej naturalny i skuteczny sposób poznawania świata.  A jednak prawie każdy nastolatek porzuci książkę dla gry komputerowej. Dorośli też od komputera nie uciekną. Tym bardziej że za kilka lat komputer przejmie rolę telewizora. Poprawi się szybkość transmisji, rozdzielczość ekranów, pojawi trzeci wymiar i interfejsy Komputer tak uzależnia bo dostosowujemy do niego rzeczywistość. Wpuściliśmy go do biura, domu, samochodu i telefonu. Ponieważ tak wiele spraw da się dzięki niemu załatwić, uwierzyliśmy, że bez komputera ani rusz. Poza tym uwielbiamy chodzić po internecie. Po gapieniu się w telewizor to dziś najbardziej popularny sposób marnowania czasu, teraz już uprawiany przez prawie 1,4 mld ludzi. Zaczynamy od sensacyjnych newsów i przeglądania poczty, a potem godzinami uprawiamy wilfing (od "What Was I Looking For"), czyli błądzimy po sieci bez celu. W ten sposób pobudzamy szlak nagrody i antycypujemy przyjemność, licząc podświadomie, że każda następna strona WWW będzie ciekawsza od poprzedniej. Analogicznie do kanałów telewizyjnych, które z upodobaniem zmieniamy.

Są też inne przyczyny. W sieci jesteśmy idealni - pozbawieni wad, dopóki sami o nich nie napiszemy. Interaktywne strony i gry komputerowe dają poczucie kontroli, której tak często brakuje nam w realnym świecie. Życia bez internetu nie wyobraża sobie już dwóch na trzech Brytyjczyków, dla co drugiego sieć jest ważniejsza od religii, a ponad połowa gorzej zniosłaby odcięcie internetu niż wody czy gazu. Komputer pozbawia nas naturalnych kontaktów z ludźmi. Pierwszych kilkanaście lat życia to czas na naukę kardynalnej umiejętności - odczytywania cudzych nastrojów i emocji. Po spojrzeniu, grymasie twarzy, tonie głosu. Nasz mózg jest mózgiem społecznym - całe jego partie służą relacjom z otoczeniem. Dorastając przed komputerem, ryzykujemy, że będziemy ślepi na emocje innych. Pocieszające poniekąd jest to, że magnesem przyciągającym wiele osób do komputera paradoksalnie są inni ludzie. W przeciwnym razie social networking, czyli tworzenie rozmaitych społeczności internetowych, pozostałoby zjawiskiem marginalnym. Smuci jednak jakość tych kontaktów. Na co drugim forum obrzucamy się obelgami. Wiadomo, że rozmawiając twarzą w twarz czy nawet przez telefon, ważymy słowa. A to dzięki neuronom lustrzanym, które pomagają rozpoznać emocje i intencje naszych rozmówców oraz śledzić ich reakcje na nasze słowa i gesty. U forumowiczów to nie działa ani kiedy piszą, ani kiedy czytają opinie innych. Co znamienne, nie działa też u ludzi dotkniętych autyzmem. Ograniczanie kontaktów z innymi, zamknięcie się w sobie, życie w wirtualnym świecie - tak może wyglądać społeczeństwo pokolenia naszych wnuków. Już u naszych dzieci widać, jak silne piętno wywiera przedawkowanie bodźców i komputera. W zasadzie ich umysły są odbiciem panującego w sieci chaosu: i tu, i tu jest pełno informacji, ale to raczej impresje i definicje niż pogłębione analizy. Jeśliby porównać umysł do biblioteki, to...To u mnie byłoby dużo opasłych tomów stojących na wysokich regałach. A u nastolatka przeważałyby broszurki porozrzucane po podłodze. Kompletnie nieistotne fakty obok tych o kardynalnym znaczeniu. Z drugiej strony, by przywołać jakąś informację, pan musi biec po drabinę, a jemu wystarczy parę kroków. Takie osoby niebawem zdominują teleturnieje "Wiem wszystko", gdzie wygrywa ten, kto pierwszy naciśnie guzik i poda odpowiedź. Ale pojawia się pytanie, i co z tego?

Nie można pozwolić, by komputer rządził dzieckiem. Jeśli wchodzi do internetu, to po coś. Jeśli chce pograć, to półtorej godziny, a nie pół dnia. Zakładając, że sami potrafią dać dobry przykład. Ale i tak trudno im będzie ochronić młode umysły bez wsparcia szkoły. I tu jest największy problem. Świat się zmienił, młodzież się zmienia, a edukacja, jaka była, taka jest: nastawiona na odtworzenie, a nie tworzenie. Na wkuwanie, a nie myślenie. Obciąża pamięć, zasypuje faktami, zamiast uczyć ich oceny i rozwijać kreatywne myślenie, czyli to, co zapewniło nam ewolucyjny sukces. Mówiąc krótko, pogłębia negatywne skutki nadmiaru bodźców.

Co więc robić, by funkcjonować w cyfrowej rzeczywistości, ale nie utonąć w informacyjnej powodzi – zacząć od zaraz. Zapomnieć o pracy, giełdzie i polityce. Wyłączyć komórkę, laptopa, odsunąć się od cywilizacji. Serwować sobie choć jeden dzień w tygodniu bez komputera. Niby proste, a jakże trudne, a dla wielu już niemożliwe. Ale trzeba próbować, by się nie odczłowieczyć. I by po latach spędzonych przed komputerem nie odkryć nagle, że życie było gdzie indziej.

Czy duże skomputeryzowane firmy nie powinny zatrudnić psychologa? Powinny, ale siedzenie przed monitorem od rana do wieczora traktuje się w nich jako przejaw pracowitości, a nie aberracji, którą w istocie bywa. Jednak niektóre korporacje dostrzegają problem i wydzielają w swych siedzibach tzw. slow corners, w których można odpocząć od komputera i komórki. Takie biurowe oazy spokoju pomagają pracownikom utrzymać higienę psychiczną i kreatywność.

19:44, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 sierpnia 2009
SzczytowAnia.

Kupuję linę Mammut Serenity 8,9 mm coAnt o długości 60 metrów. Prawie dwieście funtów szterlingów. ‘kuuurwa..’ Anka mruczy, myślała o 70 metrach, a to już dwieście dwadzieścia funtów. Co prawda większość sprzętu już mamy, często dobieranego pod kątem kompromisu, ale na bezpieczeństwie ciężko oszczędzać. Via Ferrata Performance Key-Lock blue, sześćdziesiąt pięć funtów, ale za to lżejsze o 120g od Via Ferrata za funtów trzydzieści. Kręci mi się już w głowie. Mam ochotę wszystko pierdzielnąć i kupić sobie skuter. Albo wręcz przeciwnie, olać to co będzie po wspinaczce i kupić najlepszy sprzęt właśnie teraz. Tu funt, tu pięć, tam dwanaście. To mocniejsze, tamto lżejsze. Patrzę na Ankę. ‘nerkę przyjdzie kurwa sprzedać... co robimy?’ Milczy. Patetycznie pokazuje palcem na swój plecak. Patetycznie, bo wiem, że w plecaku ma małą Toblerone, a na opakowaniu Toblerone jest on. Matterhorn. Rzucam linę i resztę sprzętu na stolik. Sprzedawca unosi brwi. ‘sorry, mate’ mówię, i miękkim ruchem daję mu kartę kredytową. ‘to dobry wybór’ mówi, przeciągając kartę przez POS. Wiem, kurwa, wiem, że to dobry wybór. Spójrz na mnie raz jeszcze i pomyśl, przyjacielu, czy ja wyglądam jakbym był skłonny wybrać niedobrze? ‘dobry wybór’, ciągnie on i wpisuje piętnaście procent rabatu. ‘dzięki..’ nie wiem co powiedzieć, zły na siebie, że nie wziąłem sprzętu droższego o te pieprzone piętnaście procent. ‘no probs’ mówi i dorzuca ze dwa kilo tabliczek energetycznych. A bodajby cię... nie mamy już miejsca na nic ponad 500 gram. Ale pakuję to w milczeniu. Anka stoi za mną, czuję jej sutki na plecach. I już wiem dlaczego. Za sprzedawcą pojawia się jego koleżanka. Wygląda po prostu świetnie. Cóż robi więc Anka? Anka pojawia się, by pokazać wyglądającej świetnie dziewczynie swoje dominium. ‘a może jeszcze na mnie nasikaj i zaznacz teren’ mówię, to znaczy mam ochotę jej powiedzieć. Straszną irytację widzę o milimetry od moich emocji. Podpisuję paragon, świetnie wyglądająca dziewczyna zaczyna pakować wszystko w papierowe torby a ja biorę pierwszy z brzegu t-shirt Patagonia i pociągam Ankę do przymierzalni. Uśmiecha się, kącikiem ust. W przymierzalni klęka przede mną od razu i rozpina mi spodnie. Wbijam jej juniora głęboko w gardło, tak jak lubi, tak, by łzy jej poleciały na granicy zadławienia. Odrywa się na moment, ‘zerżnij mnie w usta..’ mówi i bierze kutasa z boku, tak, by wypychać nim policzek. Sięgam ku jej piersiom. Sama je uwalnia. Patrzę więc z góry, na gwałtownie liżącą mnie i ssącą dziewczynę, na jej piękne rozkołysane piersi i po niedługim czasie wytryskuję wprost na jej język. Patrzy na mnie i dosysa ostatnie krople. Wstaje. ‘Będziesz ze mną zawsze?’ pyta. Nie pierwszy już raz. ‘Nie, nie będę, wiesz przecież’. ‘Wiem’ mówi, nawet bez smutku i wychodzimy z przymierzalni. Potem ze sklepu. Wprost w ramiona naszej singlowo traktowanej Irlandii. Jestem sam i ona jest sama. Mieszkamy razem, wspinamy się razem, śpimy razem i uprawiamy seks ze sobą. Ale ja jestem sam i ona jest sama.

Matterhorn jest piękny. Matterhorn jest wymagający. Matterhorn jest naprawdę trudną górą. A ja na tej górze czy asekurując Ankę czy wybierając drogę używam czasem liny Serenity. Wtedy, gdy mrugam, widzę pod powiekami Ankę, jak się uśmiecha i pokazuje mi język, na którym wciąż są krople mojej spermy.

20:20, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 sierpnia 2009
Kojąco bywa w Massolicie.

Trafiam tam na Ellisa i Viana w dobrej cenie, jednak nie kupuję Updike’a, popijam latte, koleżanka się uczy, ja buszuję po półkach, znoszę stosy do stolika, przeglądam, czytam, odnoszę, znoszę następne. Muzyka gra, jak zwykle właściwa, niezależnie od tego jaka, tym razem Suzanne Vega, zaskakuje mnie, bo znam przesłabo, a tu wsłuchuję się i podoba mi się, kupuję Viana, kupuję Ellisa i idziemy na rolki i jeździmy na rolkach, i coś mnie w całym tym dniu koi... A dzień to niedzielny, po zarwanej nocy i przespanych może pięciu godzinach od jakiejś piątej nadrannej. A noc zarwana gładko, z koleżanką, przy cantucci, przy rumie z colą i cytryną, przy cieniusieńkiej ścieżce koki, i może to właśnie ta koka dała niespanie i oglądanie a to teledysków Chrisa Cunninghama, Spike’a Jonesa i Michela Gondry’ego, a to Corpse Bride a to rozmawianie i opowiadanie o tym i owym. A przed nocą zarwaną gładko wieczór był spokojny z Chardonnay, cantucci, eM i koleżanką, ale eM spać poszła około pierwszej godziny nocnej, więc potem decyzja była do podjęcia, czy to kontynuować i trwać, skoro ani mi ani koleżance spać się nie chce, czy też finiszować empatycznie i sobotę zakończyć wspólnie z eM. A przed wieczorem spokojnym przedostatniego dnia urlopu dwa tygodnie urlopu trwały i robiły wszystko, bym wypoczął i zresetował się, i chyba wypocząłem i zresetowałem się. A przed urlopem nieomal rok był nie odpoczęty, więc urlopu wypatrywałem jak krzak mięty do mojito podlania. W Massolicie zaś kojąco. Książkowo, latte-owo, dźwiękowo, we wszechogarniającym zapachu papieru i starych szaf, z tłem anglojęzycznym i poszumem chwilami głośnym ekspresu do kawy.

 

19:59, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 sierpnia 2009
Światło.

Widzę przez okno dziurę w niebie. Piękną, między chmurami, ze smugami legionów, zastępów anielskich spływających odwróconym V na ziemię.. Pracuje się w skupieniu, niemniej szkoda popołudnia, że wypogodzone i w sam raz na książkę w parku chłodniejącym wieczorem.

Jakiś czas temu trafiłem na „justynę czyli nieszczęścia cnoty” (a może to była „julietta – powodzenie występku”..?) Markiza de Sade. Czułem się dziwnie czytając to w Matrasie, wiedząc, że nie kupię tego (marginalny wtręt – czemu, ach czemu nie mogę dostać  n i c  Viana..? I tak mało Topora..?). Dziwnie, bo niektóre opisy i dialogi były dość bogate w staroświecki sposób, i zatęskniłem za „Rękopisem...” Potockiego a nie spodobały mi się libertynizmy Markiza. Dziwnie, bo moc niektórych opisów, ich granic przekraczanie wachlowały moim oddechem, wachlowały twardnieniem juniora, od zdławionego w gardle ‘ach!’ do obrzydzenia. Ale mimo obrzydzenia czytałem dalej, jakby w transie drażnienia bolącego zęba. Książka dla mnie nie do posiadania. Jednak cieszę się, że dokładnie wiem, czego nie posiadam.

Czas na napój, by w ścieżki ciała wpłynął popołudniem, wieczorem zapracowanym...

19:25, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
Trudno

chyba być tobą.

Kołacze się we mnie ten cytat od lat już ponad dziesięciu. Nie był wypowiedziany w złej wierze, nie miał za zadanie nic ponad stwierdzenie odczuć osoby która go wypowiedziała.

Ale kołacze się. Czy przeszkadza - czasem może tak, w półświadomy sposób.

Ale czy oznacza coś dla mnie, we mnie? Czy raczej określa trudności dla kogoś, kto byłby został wrzucony w moją domenę, skórę, ciało, emocje, myśli. Ja natomiast nie tnę się nie patrzę przez barierkę na trzydziestym piętrze z planem planu przekroczenia jej i zrobienia kroku dalej. Czy więc daję sobie ze sobą radę? Cytat bardziej współczesny sugeruje mi większą wiarę w siebie i w moje niewątpliwe zalety. Może więc trudno być mną, bo zawsze wiąże się z tym głębokie zastanowienie, skupienie nad szczegółem dla kogoś innego nieistotnym zupełnie? W takim razie zapewne trudno jest być kimkolwiek. Ale ona powiedziała to, mając na myśli, że jej (chyba) żyje się spokojniej, radośniej. Czy więc moja jaźń do podróż do jądra ciemności? Lubię przypominać sobie, że to droga jest celem. Zen. Moje własne, domorosłe zen...

11:20, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 sierpnia 2009
Nosi mnie, znowu, zupełnie i bezlitośnie mnie nosi... (tuning austriacki)

Chciałbym w ten sposób, z uwagi na mój postępujący wiek, zaoszczędzić swojej pamięci wsiąkania w całą resztę organizmu, a potem powolnego sączenia się przez wzbierające w lędźwiach soki, podlewania ziemi przez pięty i palce przemoczonych pięknych butów, bym pewnego dnia, ulatniając się przez pory ciała w głąb okolicznego krajobrazu, nie oddał na wieczność całego swojego jestestwa zapomnieniu... Może to dziwnie zabrzmi, ale by temu zapobiec, wyobrażam sobie czasem, tak dla treningu, że jestem samotnym drzewem, naturalnie potężnym drzewem, jednym z największych drzew na świecie, i że najdłuższymi gałęziami i palcami czepiam się powietrza, rozpinam się na całym niebie nade mną. Czuję, jak moje korzenie coraz głębiej wrzynają się pod ziemię, w dziwacznie szalonym tempie, a jak to łaskocze, jakbym miał mrówki w nogach, i nie chce przestać, ale później pewnego dnia zauważam, że najdalsze koniuszki moich korzeni napotykają po drodze inne korzenie, zrastając się z nimi, miliardy cieniutkich włókien korzennych, które plątają się niczym kable elektryczne, kable erotyczne, kable piękne fallusowe, kable jak mój kabel, jak mój członek, fiut, kutas mój piękny i wyjątkowy; dotarłoby to do mnie, choć niczego nie mógłbym zobaczyć, i nagle uświadomiłbym sobie, że nie byłbym tylko drzewem, które by ot tak sobie stało, ale pod ziemią byłbym podłączony do wszystkich drzew mojego gatunku – bylibyśmy online, by wymieniać wiadomości, dla mnie niezrozumiałe, ale to byłoby niesamowite uczucie, tak rozszumieć się jako jedna aleja prężyć się i tryskać sokami, perłowym, pięknym nasieniem po świecie, radować je, wszystkie kobiety w drzewo zapatrzone, na drzewo wspinające się, drzewa potrzebujące, pomimo gałęzi posiadanych we własnym domu.

Ludzie jednak nie mogliby znieść, że na środku świata naraz stało potężne drzewo, którego nie umieli sobie wyjaśnić, a które by ich denerwowało i dlatego pewnego dnia po prostu by je ścięli, patrząc na gałęzie fallusowe, na owoce o słodko-słono gorzkim w zależności od diety drzewa smaku. Tak wygląda cała prawda, której nie potrafiliby znieść. A kozła ofiarnego znaleźliby we mnie. Czy to nie jest znak czasu?

16:38, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 sierpnia 2009
Już.

Już po. Już nie szumi morze, już nie przesypuje się między palcami piasek, już nie mogę kupić świeżej ryby, już nie ma dzikich plaż, już nie ma wyjątkowych ścieżek rowerowo-rolkowych, już. Niedosyt lepszy niźli przesyt, ale kłuje ten niedosyt. Reset był, odpoczynek był, grzecznie było bardzo. I kumuluje się ta grzeczność gdzieś, och kumuluje.. I lędźwia trzeszczą od tej kumulacji.

W szklance mieści się x ziarenek piasku, plaża to y szklanek wypełnionych piaskiem, a wszystkie plaże świata to z ziarenek piasku, a ja byłem bliski zliczenia tego ku nieznanemu celowi.

I zasnąłem nawet na wyprofilowanym pieczołowicie kawałku plaży. Ja, Ten Który Plaż Nie Znosi Y Nie Rozumie. Zasnąłem i było mi dobrze.

I zabrakło mi czasu na wiele, i nie powtórzyłem niektórych z rzeczy na które mi czasu nie zabrakło ale było pragnienie repety, i niemalże uniknąłem depcząco wrzeszczącej wycieczki ludzkiej brnącej przez kurchany i kręgi kamienne.

Zjadłem wiele dobrego i wypiłem też wiele dobrego. I gdzieś w środku i z tyłu przekalibrował był się obraz jaki miałem o 3city i Kaszubach. Gdyby jeszcze góry tam były wysokie...

Jestem nagi.

15:26, gregovski1
Link Komentarze (4) »
czwartek, 30 lipca 2009
Polandia

Monciak. Kiczu tony. Pol godziny na Segway'u. Slonecznik luskany na cmentarzu. Poza cmentarzem tlumy. Gdyby nie te tlumy Sopot bylby uroczy.

14:33, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 lipca 2009
pierwszy..

z telefonu wysłany. Wpis. Może to przyda się?

Człowiek nie wie czego nie wie dopóki się nie dowie czego nie wiedział...

22:00, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lipca 2009
Czas na sen przed

Gdańskiem. Od jutra spróbuję go dla siebie odkryć.

Wczoraj pocałował mnie Mikołaj Grabowski - wypił więcej Chardonnay ode mnie..

Przedsennie:

22:46, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lipca 2009
Drugi dzień urlopu

Schłodzony, skroplony deszczem. Jeszcze nie odpoczywam.

Nosi mnie...

Pstryknięte własnoręcznie. Tylko koszula i okulary na mnie....

10:22, gregovski1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 lipca 2009

Ładne ma imię (ale to w poczet zasług nie idzie, no bo niby dlaczego), mówi zazwyczaj cicho i melodyjnie, śmieje się głośniej niż mówi, ładnie (głupi wyraz na określenie talentu) rysuje, nie wiem jak maluje, projektuje to i owo, zdjęcia interesujące robi, patrzy okiem krakowskiej ASP a jednocześnie nim nie patrzy. Znamy się od kilku lat. Przyjaźnimy. Często mijamy tygodniami, miesiącami, latami nawet. A potem jakby nigdy nic znowu się gdzieś tam odnajdujemy. Szuka swego miejsca, chwilami i na końcu świata, ale jakby przypadkiem ponownie znajduję ją w Krakowie. O dziwo nie wszyscy zmieniają numery komórek raz na ileś tam miesięcy czy lat. Opowiadamy sobie o ważnych momentach przeżytych od ostatniego razu do momentu w którym opowiadamy sobie o tych ważnych momentach. Odważam się zapytać ją, czy nie zna kogoś (kobiety), która zamknęłaby na fotografii mnie takiego, jak ja sam nie potrafię, ani nie potrafi ktoś kto artystą nie jest. Mówię jej, że nie pytam właśnie jej, bo zbyt się znamy (choć więcej było ciszy i niewidzenia niż nieciszy i widzenia przez te lata). Mówi że rozumie, że wie że demony, że roznosi, że to i tamto. Mówi że poszuka, bo chyba zna. Szuka i znajduje. Spotykam się i rozmawiam, ale nie ma tego czegoś, nie ma iskry, więc choć mają mi się dobre portrety, to nic z tego nie wychodzi. Odważam się znów zapytać ją. Zgadza się bez wahania, albo to ja jestem tym, który wahania nie zauważa. I oprócz zgody mówi, że potrzebuje do projektu modela, niby nie kieruje pytania do mnie, ale zgadzam się bez wahania. Dodatkowo nie daję jej dojść do słowa i z góry zgadzam się na wszystko jako forma do użycia, modelowania, ustawiania i wszystkiego tego, czego artystka wymyśliłaby sobie. Dogadujemy pomysły, szlifujemy je przez następne kilkanaście dni. Mam za zadanie wyszukać w sieci tego, czego bym chciał. Wiem, wiemy, że dużo będzie w tym odtwórczości, ale nie przeszkadza mi, nam to. Szukam więc, znajdując czasami rzeczy naprawdę mocne, i cieszy mnie gdy odkrywam, że to nie poślednie rzeczy, że to dzieła, a często i DZIEŁA. Ale bywają mocne, więc dzielę je według tej mocy i tak zgrupowane zamykam w dwóch folderach by jej pokazać i by wiedzieć co i jak kopiować. Szukam też swoich prób siebie, robię kilka nowych, dzielę je według mocy i tak zgrupowane zamykam w dwóch folderach by jej pokazać. Przed tym co ze mną próbujemy jeszcze próby ołówkowej, pod kątem jej projektu. Wiercący się i gadatliwy ze mnie model, ale półprofil szkicowany podoba mi się wprost BARDZO. Kiedy przychodzi, zapomniawszy kilku rekwizytów, sączymy miód pitny i na czterdziestu calach oglądamy zdjęcia i szkice. Najpierw sieciowe. Potem sieciowe mocne. Potem moje. Potem biorę wdech i otwieram moje mocne. Więc już widziała. Demony kręcą się, pulsują, powietrze smakuje jak lizana bateryjka. Artystka wstrzeliwuje się we mnie obiektywem. Próbuje ustawień, światła. Potem zaś rozbieram się, od razu całkowicie. Ciągle rozmawiamy, ciągle myślimy o ustawieniach, świetle i niecodzienność sytuacji, szczególnie relacji przyjacielskiej przearanżowanej w relację artysta-model a tej z kolei liźniętej perwersją mojego ekshibicjonizmu (bo tak, podnieca mnie to, podnieca bardzo, tak, że bardzo widać jak mnie to podnieca) jest w jakiś sposób spacyfikowana. W pacyfikacji tej ona robi zdjęcie za zdjęciem, a mnie ponosi, ponosi wręcz bezgranicznie, a ona robi zdjęcie za zdjęciem. Parę setek zdjęć, do przedpółnocy. Niektóre formalnie ustawiane, niektóre anatomiczne, niektóre abstrakcyjne tak, że na pierwszy rzut oka (i na drugi, trzeci a nawet i czwarty) nie wiadomo o co chodzi – ważne, że ja wiem, że my wiemy, i ze pod smagnięciami linią lasera czy błyśnięciami diody led jestem ja. Nagi, odsłonięty, otwarty ja.

Aha, tak, skończyło się to orgazmem. Orgazmem w ciemności, smaganym linią lasera, widocznym na zdjęciu, ale i nieczytelnie rozmazanym, przez szesnastosekundowe otwarcie obiektywu i nakładające się na siebie laserowe linie tańczące na mojej skórze.

Aha, tak, myślę o tych zdjęciach tu, na blogu.

20:02, gregovski1
Link Komentarze (2) »
Wciąż dwunasty czerwca.

 

A niecałe 4 (cztery..?!) lata temu wpisałem tu na blogu coś, dokładnie 23 czerwca 2005.

Bez sensu.. ;)

18:50, gregovski1
Link Komentarze (2) »
Dwunasty czerwca.

Nigdy nie byłem w Gdańsku. Teraz mam okazję to naprawić, nawet w sposób bardzo mój – czyli poznawać miasto od wczesności porannych, bez planu, bez zegarka, odpoczywając, jedząc i pijąc wtedy, kiedy organizm wyśle taki komunikat albo otoczenie właśnie mijane to zasugeruje. Z drugiej zaś strony chciałbym mieć listę, top ten albo top fajw tego, co zobaczyć powinienem – w moim pojęciu powinności, nie zaś w turystycznym, by po powrocie nie westchnąć ołszit, a byłem o dziesięć metrów od tego, albo fak, nie wiedziałem że to takie fajne. Jak jednak spędzę te dni – okaże się.

Już myślałem o kolejnym, namolnym i konkretnie niezdecydowanym skasowaniu bloga. Bloga, na którego brakuje mi czasu, cierpliwości, odwagi (tak, przede wszystkim odwagi – czytam niektóre wpisy tyczące się mych intymności i wszystko to jakieś uładzone, wyedytowane dla osiągnięcia ‘czegoś’, ocenzurowane). Myślałem, ale właśnie myśleć przestałem. Może więc dzięki temu niemyśleniu o zamknięciu coś drgnie? Może przestanę pisać bezokolicznikami zdań, w powietrze – wiedząc przecież dokładnie kto może to zobaczyć, przeczytać? Moje drogie Czytelniczki, moja droga Czytelniczko która mailem dzisiejszym nakazałaś „wziąć mi się w..”  - może uda mi się znów pisać, może uda mi się być w tym najzupełniej sobą – bez przepraszania, bez cenzury – i może przez to nie zajrzycie już tu nigdy, przenigdy więcej, może, ale jeśli tak, to mam nadzieję, że pojmę, iż stało się tylko to, co stać się miało i powinno. I w żadnym razie nie jest to ani dobre ani złe, tylko po prostu jest.

Siedzę kolejne popołudnie w pracy, za plecami skała Kmity, za plecami niedługo bardzo prawdopodobnie przepięknie zajdzie słońce, pod ręką butelka Nałęczowianki i butelka Kombuchy, na nadgarstku zegarek Swatch, na nosie okulary korekcyjne Ray-Ban, na ramionach t-shirt lekko kremowy z logiem Cottonfield, na stopach niskie skarpetki Smartwool i buty K-Swiss, na nogach spodnie River Island, na biodrach bokserki Cottonfield (niedawno znów podczytywałem American Psycho (tudzież myślę o słuchaniu tejże książki czytanej przez Nicka Landruma lubo wybiorę Lunar Park czytany przez Jamesa Van Der Beeka) i znów odnalazłem chęć pisania w podobny sposób narracyjny – w pierwszej osobie, z hiperrealistycznymi i hiperdokładnymi opisami, niezależnie od poczucia kopiowania i bycia wtórnym – przecież wszystko już było, formy, pomysły, idee – czy można coś jeszcze odkryć w sztuce? Czy można znaleźć coś, czego jeszcze nikt, ale to nikt nie próbował? Czy też raczej to, co pozostało to mash-upy pomysłów, mixy idei, tuningowanie form..)

Siedzę kolejne popołudnie w pracy, na wygodnym/niewygodnym fotelu, rozmawiamy o serialach, po raz kolejny rozgadany jestem w temacie Carnivale. A rankiem/przedpołudniem odpocząłem na rowerze na Błoniach, próbując tak zamontować z przodu Nokię, by w miarę równo a nie skośnie filmować przedpołudniową jazdę. Udało się połowicznie, a na następny raz wezmę więcej pasków z rzepami i zrobię to porządnie. Jeździłem na rowerze, dookoła, w poprzek, trochę po Jordanie, dwa razy minąłem czerwonego z wysiłku rolkowego Daniela Olbrychskiego, a potem wróciłem do domu, wyczyściłem rower (natręctwo), ukochałem koty (ich natręctwo) i spacerem udałem się na pociąg do pracy.

Brakuje mi czasu (chęci i cierpliwości) na zajęcie się zdjęciami. Kupka zaległości rośnie – przez co jeszcze bardziej brakuje mi na nie czasu, chęci I cierpliwości. Jeżeli cokolwiek z tego tu zamieszczę, to będzie to – wybaczcie, ale tak – autopornografia. Leczenie kompleksów sprzed ćwierć wieku, poddanie się chęciom ekshibicjonistycznym, nieumiejętność dojrzałego sobie ze swymi słabościami/perwersjami poradzenia, jakiś cień przekonania, że coś w tym wszystkim jest pociągającego dla innych – wszystko to I zapewne inne powody też. Czy potrzebuję pomocy specjalisty? Może. Biorąc pod uwagę ‘normy’, społeczne kody, poczucie przyzwoitości – zapewne tak. Biorąc pod uwagę miałkość tych pragnień (z drugiej strony – czemu sam je tak określam, czemu sam wystawiam im negatywną cezurę?) ich ‘powszechność’ (blogi typu ‘onanek’, czy jakie tam są), ich brak wyjątkowości – pojawia się pytanie: skąd się biorą, panie Grzegorzu, żyjący w stałym związku z seksowną, kobiecą kobietą? Nie wiem, skąd się biorą. Są. Nie wyganiam ich. Często się im poddaję. Mimo właśnie bycia w stałym związku. A może właśnie dzięki temu. Nie są, może nie mogą, a na pewno ja ich nie widzę jako możliwych do realizowania z osobą najbliższą. Czy to fair? Och, uwierzcie mi, że wyrzuty sumienia czynią wszystkie te ‘słodycze cnych rozkoszy’ gorzkimi. Smakuję je więc jako słodko-gorzkie. Ja – mężczyzna tarzający się w swych słabościach. Niepornografia zaś jest/bywa o tutaj: http://photo.net/photos/Gregovski

Poczytałbym coś. Najlepiej nieistniejący drugi tom „Włosu Wenery”. Albo coś innego.

16:51, gregovski1
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
następne
Archiwum
Kwiecień 2005
Czerwiec 2005
Lipiec 2005
Sierpień 2005
Wrzesień 2005
Październik 2005
Listopad 2005
Grudzień 2005
Styczeń 2006
Luty 2006
Marzec 2006
Kwiecień 2006
Maj 2006
Sierpień 2006
Luty 2007
Marzec 2007
Sierpień 2007
Listopad 2008
Grudzień 2008
Lipiec 2009
Sierpień 2009
Wrzesień 2009
Październik 2009
Listopad 2009
Marzec 2011
Zakładki:
.
Ach
Och
Uch
Chwile ulotne
C'est moi
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog